Jan Czerwiński

Jan Czerwiński

Pan Jan Czerwiński  w Domu Kultury "Zacisze" prowadził do czerwca 2018 r. zespół  wokalno-estradowy „Zaciszańska Nuta” (od IX 2006 r.) i Męski Zespół Woklalny "Żurawie" (od IX 2013 r.). Jest repatriantem z Kazachtanu. Przez lata pracy stworzył świetnie działajacy zespół, skupiający doskonałych wokalistów, bliskich sobie przyjaciół.

Przypomnijmy sobie:

 27.02.2016 Benefis Jana Czerwińskiego

2.03.2011 Urodziny Pana Jana Czerwińskiego

ŚPIEWAŁ MU OBCY WIATR

 Po raz pierwszy zobaczyłam go w listopadzie w Domu Kultury „Zacisze”, gdy uczył nowej piosenki, grając na akordeonie. Na kolanach leżała serweta fioletowa, której zadaniem była ochrona spodni przed tym ciężkim instrumentem. Zwróciłam uwagę na łagodny wyraz twarzy starszego pana i czasami śpiewną melodię mowy. Spytałam: „Kto to jest?” Odpowiedziano mi, że repatriant. Pomyślałam wtedy: dla niego los okazał się wreszcie łaskawy. W Kazachstanie - kraju osiem razy większym od Polski - żyje nadal około 100 tysięcy naszych rodaków. Wielu potomków przymusowych przesiedleńców, mimo spełnienia wymogów formalnych, nie może wrócić do wytęsknionej Ojczyzny, gdyż nie napływają zaproszenia z naszych gmin, chociaż od stycznia 2001 roku funkcjonuje ustawa o repatriacji!

TUŁACZY LOS

7 marca, godz. 16. Pan Jan w eleganckim garniturze stanął z mikrofonem przed publicznością zgromadzoną w DK „Zacisze” i wzruszonym głosem powiedział: „Drodzy Rodacy! Prawie sześć lat temu wróciłem z „nieludzkiej ziemi”. W sali zaległa przejmująca cisza. Opowieść o losach jednej rodziny nabrała wymiaru uniwersalnego i historycznego. Pierwsze, masowe przesiedlenia potomków Polaków odciętych od kraju w wyniku rozbioru w 1772 r., zaczęły się w 1935 r. Rodziców pana Jana wysiedlono ze wsi Orzechówka (obwód Kamieniec Podolski) w 1936 roku. Niegdyś ziemie te należały do Potockich. ( Dziadek pana Jana opiekował się końmi magnata). Pozostawili nieduże gospodarstwo, ojciec pracę w kuźni. Opuścili swą małą Ojczyznę z grobami przodków na zawsze. Ich groby pozostaną w Kazachstanie.
Wszystko odbyło się wg sprawdzonego przez enkawudowców scenariusza: wtargnięcie w nocy do domu, kilkanaście minut na spakowanie, a potem załadunek do przepełnionego wagonu towarowego, wyczerpująca i poniżająca podróż w głąb ZSRR.

„Klątwy, narzekania, wymyślania słyszało się równie często, jak modlitwy. (...)Głód, smród, wszy (...), strach przed mrozem- wszystko to razem zwróciło ludzi ku sile nadprzyrodzonej. (...) Ludzie przyrzekali, ślubowali pielgrzymki. Na gołych kolanach! O suchym chlebie. Byle tylko Bóg pozwolił im te antychrystusowe czasy przetrwać i wrócić do ojczyzny.”

„NIELUDZKA ZIEMIA”

Jechali miesiąc, pokonali siedem tysięcy kilometrów, wysadzono ich na bezkresnym, pustym stepie w obwodzie omskim, na terenie oznaczonym liczbą „12”. Natychmiast trzeba było budować ziemianki z pryzm darniowych dla siebie i tych, którzy wkrótce mieli tu jeszcze dotrzeć. Na przestrzeni 6-8 m2 mieszkały 3-4 rodziny. Najpierw z głodu umierały dzieci, matki topiły się z rozpaczy. Za rzeką, której Polakom nie wolno było przekraczać, mieszkali Kazachowie w swych aułach. Gdyby nie ich zainteresowanie i serdeczność przesiedleńcy nie poradziliby sobie w tak ekstremalnych i nieznanych warunkach. Latem panowały tam 40-stopniowe upały, doskwierała susza.; zimą siarczysty, 40- stopniowy mróz i gwałtowne burany . Do dziś pan Jan pamięta, że sami pili marchwiankę, a za herbatę zabraną z kraju, mogli otrzymać coś do jedzenia. Kazachowie lubili Polaków za umiłowanie wolności. O sobie z goryczą mówili: „Teraz my raby! Sowieckie raby!”

„O naszej wiosce można by powiedzieć, że była to zapomniana przez Boga i ludzi dziura zabita deskami, gdyby nie to, że trudno tu było jakąkolwiek deskę dostrzec. Zimą z konieczności przesypialiśmy na pieczce dnie i noce. Bywało tak, że buran zasypał śniegiem nasze drzwi i okna na 3 metry”.

NA WIECZNOŚĆ

Wraz z Polakami deportowano Niemców osiedlonych tam od lat. Razem na „nieludzkiej ziemi” zbudowali dla swych dzieci szkołę, w której matka pana Jana uczyła przez rok. Potem władza zabroniła prowadzić lekcje w językach narodowych.
Kolejne transporty przywiozły Polaków po 17 września 1939 r. i w 1941. Ich położenie było trochę lepsze: dostawali paczki od rodzin i z Czerwonego Krzyża, mogli swobodniej przemieszczać się. Ci z wcześniejszych deportacji byli tu zesłani „na wieczność”. Nie mieli żadnych praw, nie mieli nic, nie mieli dokąd wracać. Mówiono o nich „specposelency”.

„ZABIERZ ZE SOBĄ W ŚWIAT...”

Pan Jan urodził się w 1941 r. Matka uczyła go języka i religii. W domu była książeczka do nabożeństwa oraz obrazy, ale na wszelki wypadek pozasłaniane. Muzyki uczył go wykształcony Niemiec- pan Bitmajer ( wtedy pracował jako tokarz). Janek w wieku 12 lat już ładnie grał i często występował przed publicznością. Ukończył szkołę, choć bywało ciężko, gdyż zimą opuszczał wiele zajęć. Buty z drewnianymi podeszwami nie chroniły ani przed mrozem, ani przed śniegiem.
Za Breżniewa życie stało się lżejsze. Wyjechał wtedy do Magnitogorska, ukończył studia i wrócił, by uczyć dzieci rodaków. Założył zespół „Słowiki”. Usilnie namawiano go, by wstąpił do partii. Odmawiał, tłumacząc się dużą ilością zajęć. Wkrótce władza zabroniła mu pracować.

„ŻEBY CHOĆ JESZCZE RAZ UJRZEĆ OJCZYSTY LAS, POLA I ŁĄKI...”

Rok 1977. Pierwsze spotkanie z Ojczyzną znaną tylko z opowieści. Pan Jan przyjechał w wielonarodowościowej grupie na zaproszenie harcerzy. Zwiedził Malbork, Gdańsk i Warszawę. Wtedy nawet nie marzył o tym, że kiedyś zostanie warszawiakiem.
W czasach Gorbaczowa, w Pierwomajsku (tak „oryginalnie” nazwano ich dwunastkę), był już ksiądz.

„W pimach, w fufajce i lisiurce, nie patrząc na mróz, śnieg i błoto, łaził ten niezwyczajny pasterz boży po całym „polskim grażdanstwie”, wspierał ubogich, rozdawał bieliznę, gazety, pieniądze. (...) A jak ślicznie spowiadał!... Ledwie człek ukląkł przed konfesjonałem, już przeżegnywał i dawał rozgrzeszenie! A pokuty w ogóle nie naznaczał. Myślałem, że zapomniał. To mu przypomniałem. A on na to: „A Kazachstan to co? Nie pokuta?”

Pojawili się wreszcie w Kazachstanie pierwsi polscy dziennikarze z „Trybuny Ludu” i „Przyjaciółki”.
W 1991 r. pan Jan przyjechał ze swoim zespołem „Polonia” na występy do Warszawy, w 1997 r. śpiewali podczas obchodów 1000 –lecia Gdańska.

„BO NAJPIĘKNIEJSZE SĄ POLSKIE KWIATY”

Najwspanialsze prezenty są grudniowe. Pan Jan właśnie w tym miesiącu w 2000 r. dostał zaproszenie z Polski. Kazachstan pożegnał 1 maja piosenką „Polskie kwiaty”. Początkowo mieszkał z żoną Anną w Wildze i na kilka lat znalazł zajęcie w Związku Niewidomych w Warszawie. Prowadził tam zespół. Obecnie żyją w małym mieszkanku na Muranowie; utrzymują się z symbolicznej emerytury. (Czy wytęskniona Ojczyzna nie okazała się w ich przypadku macochą?) Są szczęśliwi, mają dobrych sąsiadów i rodzinną relikwię – prawie stuletni modlitewnik.

Ukochane „Polskie kwiaty” zaśpiewał zespół na zakończenie spotkania z człowiekiem, który 66 lat przeżył w Kazachstanie. Sala podziękowała piosenką „Sto lat”. I na koniec niespodzianka, taki mały chichot historii, a może znak naszych czasów? Syn Witold ożenił się z Rosjanką i osiadł w południowej Syberii, syn Anatol jest szczęśliwym mężem Niemki i wyjechał na Zachód. Kim będą wnuki pana Jana? Na szczęście synowie spotykają się z rodzicami przynajmniej raz w roku. W 2008 r. pan Jan zamierza odwiedzić groby rodziców w Kazachstanie.

Zespół „Zaciszańska Nuta” ma w swym repertuarze coraz więcej piosenek i coraz częściej występuje. W kwietniu 2007 r. pan Jan, razem ze swym zespołem, uczestniczył w niezapomnianej wyprawie na Ukrainę, którą zorganizował DK „Zacisze”. Podróż szlakiem pułkownika Wołodyjowskiego, połączona z warsztatami artystycznymi, przyniosła wiele wrażeń i wzruszeń.
Pan Jan poznał wreszcie miejsca znane dotąd z opowiadań rodziców. Kamieniec Podolski zrobił na nim ogromne wrażenie.

Jest człowiekiem pracowitym i aktywnym: komponuje, uczy, dzieli się swą wiedzą i umiejętnościami.

Hanna Ciesielska

* Cytaty w ramkach pochodzą z książki Marii Jadwigi Łęczyckiej „Zsyłka”, Wrocław 1989, Wydawnictwo Dolnośląskie
Podtytuły w cudzysłowach to fragmenty piosenki „Polskie kwiaty”
Pimy- tak Kazachowie nazywają ciepłe buty z grubego filcu (walonki)

Nagrody i odznaczenia:

  • Srebrna Odznaka Honorowa Zarządu Związku Sybiraków
  • Złota Odznaka Honorowa Zarządu Związku Sybiraków