Kazimierz Kominiak

Kazimierz Kominiak

29 czerwca 2020

Kim jest pan Kazimierz Kominiak, nieodłączny przyjaciel, opiekun, mąż pani Danuty Kominiak? Przez wiele lat spotykaliśmy się z Nim raz w miesiącu podczas spotkań Koła Terenowego Związku Sybiraków Warszawa Praga Północ imienia Św. Arcybiskupa Zygmunta Szczęsnego Felińskiego w Domu Kultury Zacisze. 

Dotarliśmy do życiorysu pana Kazimierza. Życiorys został sporządzony przez pracownika Ośrodka "Karta" przy udziale p. Kazimierza, który ten życiorys autoryzował.

Kazimierz Kominiak urodził się 17 grudnia 1922 r. we Władywostoku, choć we wszystkich dokumentach jako miasto urodzenia podane było miasto Łódź. Ojciec p. Kazimierza Stanisław (ur. 15.12.1892 r. w Piątku k. Kutna) po wystąpieniu z seminarium, wyczuwając zagrożenie I wojny światowej, wyjechał z Łodzi w głąb Rosji. Zamieszkał Iżewsku (miasto nad rzeką iż, ok. 500 km na płn.-wsch. od Moskwy) i pracował w tamtejszej fabryce broni. W Iżewsku poznał Olgę Kononową – nauczycielkę. Po ślubie państwo Kominiakowie w obawie przed rewolucją październikową wyjechali do Władywostoku. Tam urodziło się troje dzieci: Regina (1919), Józef (1921), Kazimierz (1922).

W 1924 r. Stanisław z rodziną wrócił do Łodzi (wraz z nimi udała się rodzina Leszów) i podjął pracę w magistracie miejskim. Na granicy od jednego z funkcjonariuszy usłyszał: „My tam jeszcze do was przyjedziemy”. Wtedy postanowił wymazać z dokumentów dzieci ślady rosyjskiej przeszłości. Zgłosił więc w parafii zaginięcie metryk i w ten sposób uzyskał nowe - łódzkie akty urodzenia. Matka p. Kazimierza była wyznania prawosławnego, ale święta obchodzono po katolicku.

Od 1924 r.do 1939 r. rodzina państwa Kominiaków mieszkała w domu dwurodzinnym przy ul. Mostowskiego 11 na przedmieściach Łodzi (Bałuty - dawniej wieś a od 1915 r. część miasta). Na początku 1940 r. na tym terenie było tworzone getto i wszyscy mieszkańcy pochodzenia aryjskiego musieli opuścić swoje w gospodarstwa i domy.

Rodzina p. Kazimierza została zakwaterowana w pożydowskim mieszkaniu przy ul. Magistrackiej 16 (obecnie Kamińskiego) w okolicach placu Wolności. Trzypokojowy lokal dzielili razem z rodziną Leszów.

W latach 1929-1936 uczęszczał do Szkoły Podstawowej im. Tadeusza Kościuszki przy ul. Staszica, a następnie do gimnazjum Kopernika przy ul. Śródmiejskiej (ob. Więckowskiego) - jedynego państwowego gimnazjum w mieście.

Po wybuchu wojny szkoły w Łodzi były czynne do stycznia 1940 r. Kazimierz był w tym czasie w 4 klasie gimnazjum. Jako pełnoletni obywatel Kraju Warty (cześć Rzeszy) bez przydziału pracy,  podobnie jak brat Józef i współlokatorzy z rodziny Leszów (Tadeusz i Mieczysław), został wezwany do stawienia się do biura pracy.

Nastoletni Kazimierz wraz bratem Józefem oraz z kolegami i sąsiadami zarazem zlekceważyli nakaz, ale po kilku dniach otrzymali  ponowne wezwanie z adnotacją o konsekwencjach „dezercji”, czyli skierowaniem do obozu. Komisja pracy odbywała się w nieczynnej fabryce przy ul. Łąkowej i wyglądała podobnie jak komisja wojskowa. Wszyscy mężczyźni zostali skierowani do pracy w guberni.

W czerwcu 1940 r. wyruszyli pociągiem do Berlina, gdzie znajdował się punkt rozdzielczy. Pan Kazimierz pracował najpierw w gospodarstwie w okolicach stacji Sonenburg. Po miesiącu został odebrany gospodarzom, najprawdopodobniej w wyniku skarg żołnierzy niemieckich pracujących w gospodarstwie, którzy oburzali się, gdy gospodarz sadzał polskiego robotnika przy jednym stole z niemieckimi pracownikami.

W miesiącach letnich pracował w gospodarstwie we wsi Kriescht (Krzeszowice obecnie woj. Lubuskie). Następnie został skierowany do wsi Corsika (Przemysław w woj. lubuskim) do 50-hektarowego gospodarstwa Gustava Breitkreutza i dopiero od tego momentu p. Kazimierz posiada dokumenty potwierdzające pobyt na robotach przymusowych. Przez cały okres pracował w polu przez 6 dni w tygodniu od godz. 6 rano do 19.00 wieczorem, a następnie wykonywał prace przy zwierzętach (20 krów, 3 konie, 100 świń). W niedziele do jego obowiązków należał trzykrotny obrządek zwierząt gospodarczych. W czasie wojny gospodarz przebywał na froncie, najpierw francuskim, a następnie wschodnim. Zespół pracowników tworzyli: Niemka z Czech, dwie Ukrainki, małżeństwo Niemców, p. Kazimierz oraz żołnierz francuski, który mieszkał w jenieckim obozie we wsi.

Pan Kazimierz codziennie śledził działania wojenne w Europie. Każdego dnia czytał gazetę, która przychodziła pocztą do gospodyni (lektura odbywała się jeszcze przed odbiorem  poczty przez gospodynię), zaprenumerował też polski tygodnik „7 dni z Warszawy”, a w radiu w obozie jeńców francuskich słuchał informacji BBC. Zmiany na froncie zaznaczał na mapie, którą zakupił w okolicznym sklepie.

Jednak po pewnym czasie mapa wraz z naniesionymi szpilkami została zarekwirowana przez policjanta. Kolejnym nietypowym zakupem była harmonia, na której p. Kazimierz nauczył się grać i na której przygrywał podczas niedzielnych potańcówek we wsi. Choć pracy było dużo, wykorzystywał każdą okazję i chwilę do nauki języków. Rosyjski znał z rodzinnego domu, niemieckiego uczył się w szkole i ćwiczył podczas pobytu w kolejnych gospodarstwach. Podczas pracy w polu pan Kazimierz, rozmawiając z alianckim jeńcem, uczy się francuskiego, a w niedzielę odwiedzał jednego z żołnierzy francuskich, który znał angielski.

Znajomość języków wykorzystywał na maturze (mała matura- język francuski, duża matura – język angielski) oraz w późniejszej pracy zawodowej. Choć przymusowi robotnicy mieli zakaz opuszczania wsi i musieli nosić charakterystyczne znaczki na ubraniach, to pan Kazimierz i jego brat odwiedzali się raz na pół roku (brat został przydzielony do oddalonego o 15 km gospodarstwa). Mógł też prowadzić korespondencję z rodziną, a w 1943 r. uzyskał zgodę i wyjechał na 6-dniowy urlop do domu. Był to jedyny urlop w ciągu 5 lat pobytu na robotach. Przez ten czas jego pensja wynosiła 20 marek + wyżywienie i stanowiła około połowy pensji wyrobników niemieckich.

Najcięższy był pierwszy rok, z uwagi na nieprzystosowanie organizmu do wielogodzinnej pracy fizycznej. W dużych gospodarstwach praca trwała cały rok. Ponieważ w porze letniej brakowało czasu na młócenie zbóż, więc ścięte zwożono do stodół, a młóciło się po zakończeniu wszystkich prac polowych późną jesienią lub dopiero zimą. Zimą i wczesną wiosną do obowiązków pracowników należało wykopywanie pni  drzew z terenów, gdzie służby leśne prowadziły planowane wyręby. Pnie oraz gałęzie zwoziło się do gospodarstwa, a następnie rozbijano, piłowano, rąbano i magazynowano jako główny materiał palny w ciągu roku. Gałęzie układano w paczki o znormalizowanych wymiarach. Powiązane drutem służyły do umacniania wałów przeciwpowodziowych (gospodarstwa mieściły się na terenach depresyjnych).  Bydło nie pasło się na łąkach, tylko przez cały rok stało w oborze na betonowej podłodze. Do obowiązków pracowników, w tym pana Kazimierza, należało codziennie trzykrotnie karmić zwierzęta i co rano wymieniać ściółkę (zabierać starą słomę i pościelić nową).

W lutym 1945 r., gdy Niemcy zaczęli uciekać na zachód, przez wieś szły kolumny wozów z dobytkiem uciekinierów. W każdą noc kolejni potrzebujący nocowali w gospodarstwach. Bracia Kominiakowie wraz z sąsiadem, korzystając z konia i bryczki, wyruszyli na Wschód. Zatrzymywali się w opuszczonych siedliskach. Po dojechaniu do Poznania, czekali na pociąg i pierwszym pociągiem odkrytym wagonem towarowym 4 marca 1945 r. dojechali do Łodzi.

Przez wszystkie lata pobytu na robotach pan Kazimierz tęsknił do nauki i zaraz po przyjeździe w trybie eksternistycznym ukończył gimnazjum, liceum, a także studia w Wyższej Szkole Gospodarstwa Wiejskiego. Ponieważ łódzka uczelnia została zlikwidowana, dyplom inżyniera chemika otrzymał z Wyższej Szkoły Rolniczej w Olsztynie.

W !950 r. otrzymał przydział do pracy i rozpoczął pracę w Centralnym Zarządzie Przemysłu Fermentacyjnego w Warszawie. Początkowo wynajmował pokój w Legionowie a po kilku miesiącach otrzymał przydział do 3-osobowego pokoju służbowego w Otwocku. W ramach prac społecznych brał udział w odgruzowywaniu Muranowa.

Po 2 latach otrzymał talon na wczasy i wyjechał do Szklarskiej Poręby. Tam poznał przyszłą żonę Danutę, która po powrocie z Syberii, dokąd była zesłana za działalność w lwowskim AK, mieszkała wraz z matką w Tczewie. Ślub cywilny odbył się we wrześniu 1951 r. w Tczewie a kościelny miesiąc później w Łodzi.

Aby zamieszkać z żoną pan Kazimierz poprosił o zmianę przydziału pracy i przez 2 lata, mieszkając w Tczewie, pracował na stanowisku kierownika produkcji w tamtejszej drożdżowni.

Po dwóch latach otrzymał przydział pracy w Józefowie k. Błonia pod Warszawą. Tam jako kierownik produkcji a następnie dyrektor techniczny oraz ojciec powiększającej się rodziny (dwie córki i syn) otrzymał przydział na kolejne większe mieszkanie. Wtedy też rodzina wzbogaciła się o motor marki WFM. Ponieważ zakład otrzymał tylko kilka talonów na tak „luksusowy” w tym czasie jednoślad, urządzono losowanie. Po wygraniu losowania państwo Kominiakowie musieli uzbierać odpowiednią kwotę na zakup przydzielonego pojazdu. Podobnie było z samochodem marki Syrena 105. Po zapisaniu się na przydział po dziesięciu latach płacenia rat, rodzina państwa Kominiaków mogła nabyć wymarzone „cztery kółka” i podróżować samochodem przez kolejne 17 lat.

Samochód to czasy warszawskie, gdyż po kliku latach udało się znaleźć pracę w Warszawie i od 1955 r. do 1971 r. pan Kazimierz pracował w Zjednoczeniu Przemysłu Drożdżowego na wydziale Produkcji. Ostatnie 10 lat pracy zawodowej to praca w biurze Projektów Przemysłu Fermentacyjnego, z którego w 1980 r. pan Kazimierz przeszedł na emeryturę.

Początkowo 6-osobowa rodzina (3 dzieci i teściowa) mieszkała przez 10 lat na warszawskich Bielanach. W 1970 r. w ramach rozgęszczania rodzin nauczycielskich (żona Danuta jest emerytowaną nauczycielką) rodzina otrzymała przydział na mieszkanie w Warszawie na Bródnie, gdzie państwo Kominiakowie mieszkają  do dziś – początkowo przy ul. Łojewskiej 20, a obecnie przy ul. Syrokomli 15/19.